Co u Michałła? ;-)
Dzień drugi września, jedenasty marca w mojej rachubie księżycowej (numer powinien zgodzić się na całym świecie). Jest trudno, nie jest jest prosto. Przetrenowany organizm, to przetrenowany mózg, objawy ma to grypopodobne, ale dudni mi w głowie jak przy wierceniu młotem pneumatycznym i parę rzeczy się różni w stosunku do osłabienia właściwego. Chyba pierwszy raz w tym roku wypiłem kieliszek wódki, prawie na pewno pierwszy raz. Drugi kieliszek też wypiłem. Uznałem, że skoro jestem fanem muzyki, jak i prowadzę brokatowy blog to wódki lepiej nie pić, ale wziąłem łyka, myślę, "a niech mnie kurwa ten łyk z połączeniu z leczkiem psychiatrycznym zabije, to kurwa będę szczęśliwy". Wszamałem następnie chrupkie ogórki, ryby w oleju i popiłem szklanką soku pomidorowego, bo potasu mam mało i wiem, kiedy to, bo jeden z członków rodziny wylądował w szpitalu na brak potasu (hipokaliemię). Dziadek mnie odwiedził, miarkę dał, jebałem niestety, wcześniej zwaliłem konia, z buzi rybą jebało, ale spotkanie jak ta lala.
Komentarze
Prześlij komentarz